Tak to już jest, że wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma a Polak to zazwyczaj płacze nad rozlanym mlekiem. Do tego “im mniej Cię co dzień miodzie tym mi smakujesz słodziej”. W morzu zalewającej nas “cyfryzacji życia” przebieramy łapkami starając się utrzymać na powierzchni. Choć już od dawna walczę z pędem za kolejnymi cyframi i literkami w modelach sprzętu to jednak moja gadżeciarska natura czasem bierze górę nad rozsądkiem. A tu nagle poczułem tęsknotę. Już od dawna chciałem mieć tak dla siebie, na boku analogowy aparat. Wybór padł na Canon Canonet QL17 GIII. Powodem był przede wszystkim charakter aparatu (dla niewtajemniczonych – jest to aparat dalmierzowy) oraz przede wszystkim jego legendarny obiektyw (40mm, f/1.7) o wspaniałych właściwościach optycznych. Aparaty te nadal trzymają swoją cenę a dodatkowo występują dość rzadko. W końcu udało się i jest…
Fotografia jest moją pasją, którą uprawiam od dawna. Fotografią w wydaniu analogowym zajmowałem się dłużej niż cyfrową (lustrzankę cyfrową nabyłem zaledwie dwa lata temu). Zatem film nie jest mi obcy wcale. Wkładając pierwszą rolkę do mojej nowej zabaweczki czułem powracającego ducha przeszłości. Cofnąłem się w czasie myśląc, że przecież nie odszedłem tak daleko…
… i od razu chciwość kadrów, światła. W zasadzie większość swojej przygody z analogiem przeżyłem z lustrzankami zatem pierwsze przymiarki były nauką ostrzenia i kadrowania aparatem dalmierzowym. To zupełnie inna bajka. Cicha migawka o cherlawym wręcz dźwięku, ciężki (tak, jak lubię) korpus, dźwięk naciąganego filmu cudowne uczucie wahania – nacisnąć już czy jeszcze nie. Czy to jest ten moment? A może będzie lepszy? Może inaczej podejść? Trochę przeszkadzała mi momentami dość duża jak mi się zdawała minimalna odległość ostrzenia (80 cm), brakowało – ach przeklęte przyzwyczajenia z cyfry – szybkiego podglądu fotki jednak poczułem znów przyjemność obcowania z czymś co jest bardziej materialnym, mechanicznym. Szybko wypstrykałem film i zaniosłem do wywołania. Efekty były zachęcające.
Po pierwszej rolce lepiej już rozumiałem kwestię ostrości i kadrowania, szybciej operowałem ustawieniami. Aparat ma program automatyczny (preselekcja czasu czy automatyka przysłony jak kto woli) więc można skupić się na kadrze i chwili. Ponieważ aparat kupiłem z przeznaczeniem na reportaż – w ten sposób wystrzelałem drugą rolkę. Przy okazji reportażu strzeliłem kilka ujęć bardziej portretowych i ze dwa-trzy zdjęcia architektury. Wywołane zdjęcia były obiecujące. Nadal czułem, że jeszcze nie do końca rozumiem techniczną stronę aparatu ale kadry były już prawie jeśli nie dokładnie takie jakich oczekiwałem. Zdjęcia reportażowe robiłem tak, aby wyzyskać niewielką głębię jaką daje obiektyw, efekt wspaniały.
O ile pierwsze dwa filmy były czarno-białe, postanowiłem przetestować aparat na kolorowej kliszy. Trzecia rolka była wspaniała. Zrobiłem kilka zdjęć z użyciem lamp, kilka w ostrym grudniowym słońcu, kilka przy świetle zwykłej żarówki. Powoli zacząłem zakochiwać się w metalowym cacku. Emocje wypełniały każdą chwilę z aparatem w ręce. Coraz odważniej przykładałem aparat do oka w miejscach i sytuacjach, w których nawet nie odważyłbym się wyciągnąć i przyłożyć do oka mojej ostentacyjnej, wielkiej o jakże zwracającej na siebie uwagę lustrzanki cyfrowej. Zacząłem podglądać. Taki aparat jest dyskretny. Mam czasem odczucie nawet, że kiedy celujesz do ludzi z takiego archaicznego aparatu – ludzie traktują cię z pobłażaniem (choć zdarzyły się też westchnienia i wyrazy szacunku ze strony mijających mnie fotoamatorów). Przerysowane kolory, pięknie wyrysowane kontury, plastyka uchwyconych obrazów – wracała mnie ciągle do czasów młodości gdy z drżeniem rąk w niewielkim mieście odbierałem odbitki po kilkudniowym oczekiwaniu. Chciałem więcej i więcej, póki co w kolorze!
Wczoraj odebrałem wywołaną i zeskanowaną czwartą rolkę. Być może przez moje rosnące oczekiwania, być może przez zbytnie poczucie pewności siebie i opanowania już sprzętu poczułem pierwsze rozczarowanie, które po chwili ułożyło się z lekcję. Na tym czwartym filmie miałem najmniej zdjęć, które uważałem za udane. Zdjęcia, na które czekałem, po których spodziewałem się, że będą ciekawe, fajne i ostre – były słabe, niekontrastowe a czasem z punktem ostrości daleko od miejsca, w którym go ustawiałem. Mój Canonet dał mi lekcję pokory oraz przypomniał najważniejszą – zdaje się – rzecz związaną z fotografią analogową. Fotografia zawsze była sztuką, wyrażeniem wiedzy, doświadczenia i umiejętności. W czasach przed-cyfrowych niewielu posiadło ją w stopniu biegłym. Dlatego fotografującego zawsze otaczała specyficzna aura (wywołana również przez unoszące się wokoło niego opary wywoływaczy i utrwalaczy).
… jak na razie spokojnie czeka na mnie na sklepowej półce. Nie kupiłem go jeszcze. Nie wiem czy będzie to negatyw czarno-biały czy też kolorowy. Nie obraziłem się na mojego metalowego przyjaciela, nie mam mu przecież nic do zarzucenia. Nie ma we mnie nawet cienia złości czy żalu. Patrzę na niego z podziwem. Obracam go w dłoniach jakbym prosił go o pomoc. Zamykam oczy i wracam znów pamięcią do czasów młodości, zapach ciemni, emocje jakie towarzyszyły pierwszym odbitkom, podglądanie starszych, bardziej zaawansowanych w magicznej sztuce fotografii kolegów. Wielki Duchu Fotografii, nie daj mi proszę zabłądzić w gąszczu bitów, bajtów i pikseli.
Kiedy wczoraj na prędce chciałem wywołać film (czwarty) pojechałem do Media Marktu. Choć całkiem niedawno wywoływałem i skanowałem tam negatyw wczoraj usłyszałem: “Ale my już proszę Pana nie mamy maszyny, zlikwidowaliśmy bo to się nie opłaca. Wie Pan stoi to to zalane chemią a chętnych w miesiącu to na palcach jednej ręki można policzyć”. Zatem przemija… A ja właśnie mam ochotę płynąć pod ten prąd. Lustrzanka cyfrowa śpi w torbie a na stoliku leży Canon Canonet QL17 GIII dyskretnie połyskując satynowym wykończeniem korpusu. Mam nawet wrażenie, że uśmiecha się teraz pod nosem. W końcu wygrywa z hiper-mega-pixo-nowoczesnym młodszym braciszkiem pełnym procesorów, przetworników i funkcji.
Wszystkim analogowcom dedykuję i pozdrawiam!